22 MAJA – SOBOTA – ŚWIADEK WIARY I ŚWIĘTOŚCI MŁODYCH LUDZI
Czy ktoś, kto był przy umierających, heroicznych młodych ludziach, widząc ich wiarę, mógł po wojnie mówić, że ta ich śmierć była niepotrzebna, że chrześcijańska Polska jest już przeżytkiem? Kiedy uważnie wczytamy się we wspomnienia Księdza Prymasa, znowu dostrzegamy Bożą dłoń, stawiającą go u boku cichych bohaterów:
[…] młodziutki Janek, związany był z formacją wileńską, która przekradła się z Wileńszczyzny przez całą północną Polskę, zajętą przez Niemców, i ukrywała się w Puszczy Kampinoskiej […]. Tam przetrwała, aż do wybuchu powstania warszawskiego […]. Otóż ten szesnastoletni chłopaczek służył ze swoim starszym bratem w armii powstańczej w formacji kawalerii wileńskiej. Padł zaraz w pierwszych dniach. Przeniesiono go do szpitala […]. Tam się z nim spotkałem, spowiadałem go i przygotowywałem na śmierć. Był bardzo poszarpany od kul, bo gdy został ranny, przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać, aby go stamtąd zabrać. Więc gdy wreszcie został przeniesiony do szpitala wojennego, był już prawie bez sił […]. Po operacji czuł się bardzo źle, dostał gorączki, tracił przytomność. […] Leżał na niewielkiej sali, razem z sześciu innymi rannymi żołnierzami, i śpiewał pieśni do Matki Bożej. Pytaliśmy żołnierzy, czy im to nie przeszkadza – Nie, my się cieszymy, niech śpiewa. – Pod koniec, przed samą śmiercią, już mylił słowa i melodię, bo był na pół przytomny, a jednak ciągle śpiewał. Z tym śpiewem umarł. Pochowano go na cmentarzu w Izabelinie, na górce, w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było. Ale za to dostał na swoją mogiłę piękne kwiaty. Do dziś dnia spoczywa tam, pod Warszawą. To był jeden żołnierz, który miał 16 lat. Drugi miał lat 19. Nazywał się Jurek. Był jedynakiem. Padł pod lotniskiem niemieckim na Żoliborzu. Miał operację, tzw. resekcję jelit, […] trzeba mu było wyciąć kilkadziesiąt centymetrów kiszek […]. Nie udało się […]. Wszyscy wiedzieliśmy, że ten młody, piękny chłopak umrze. Obawialiśmy się […] o jego matkę, wdowę, która straciła męża we wrześniu 1939 roku, […] w tym samym miejscu w Puszczy Kampinoskiej. Teraz ginął jej syn, ale jej przy tym nie było. Jurek był bardzo grymaśny, bo był jedynakiem […]. Nikt nie mógł sobie z nim dać rady […]. W końcu siostry przyszły do mnie i mówią, że nie mogą sobie poradzić z Jurkiem: Niech ksiądz pójdzie do niego. Przyszedłem i mówię: Jurek, byłeś taki odważny, walczyłeś na froncie i nie bałeś się kul, a tutaj jesteś taki grymaśny, że nikt z Tobą wytrzymać nie może. To chyba wstyd. – A, bo proszę księdza, mnie się sprzykrzyło leżeć, ja chciałbym iść na front. – Jurek, pójdziesz na front do Matki Bożej. To była połowa sierpnia. Ja, proszę księdza nie myślałem o tym. – To pomyśl o tym. – Mogłem mu to powiedzieć. Mówiłem przecież z żołnierzem, który nie powinien bać się śmierci. Mogłem mu więc powiedzieć, bo kapłan katolicki ma obowiązek mówić prawdę, zwłaszcza żołnierzowi. Zastanowił się, uspokoił. Po jakimś czasie zapomniałem troszkę o nim, bo rannych było dużo i trzeba było biegać od jednego chorego do drugiego. Któregoś dnia siostra mówi: Proszę księdza, Jurek jest znowu nieznośny. – Dobrze, przyjdę do niego. Przychodzę: Jurek, znowu jesteś nieznośny. – Proszę księdza, bo ksiądz powiedział, że ja będę u Matki Bożej. A za dwa dni święto Matki Bożej (8 września), ja nie zdążę. – Dlaczego nie zdążysz? – Niech ksiądz zobaczy, jeszcze jestem taki silny. – Złapał mnie za rękę i zaczął ściskać. Wyczułem, że w tej ręce siły już nie ma. Jemu się tylko zdawało, że jest taki silny, ale to był człowiek umierający. Mówię mu: Jurek, nie bój się, zdążysz. – Zdążę, proszę księdza? To już będę dobry i grzeczny.– Uspokoił się i rzeczywiście w wigilię Narodzenia Matki Bożej, 7 września, spokojnie, cicho umarł. On się nie bał śmierci, tylko tego, że nie zdąży do Matki Bożej. Maryjo, nie pozwól nam zapominać ogromu ofiar i cierpień składanych za naszą wolność

Dodaj komentarz