ŚMIERĆ MATKI, OPARCIE W MARYI

6 MAJA – CZWARTEK – ŚMIERĆ MATKI, OPARCIE W MARYI

Kilka miesięcy po przeprowadzce do Andrzejewa, rodzinę Wyszyńskich dotyka pasmo cierpień. Aż trudno sobie wyobrazić przeżycia każdego z członków rodziny: zarówno rodziców, jak też ich małych dzieci. Przypomnijmy, że wśród piątki dzieci, najstarsza jest Anastazja, następnie dziewięcioletni Stefek, Stasia, Janina i najmłodszy 2-letni Wacek.

Pani Julianna spodziewała się w tym czasie kolejnego dziecka. To właśnie w Andrzejewie, 5 października 1910 r., urodziła małą Zosię. Niestety po porodzie młoda matka zapadła ciężko na zdrowiu. Ta poważna, narastająca choroba mocno odcisnęła się na życiu całej rodziny. Bolesny okres stopniowego zbliżania się śmierci matki Julianny, jeszcze po latach z trudem wspominał Ksiądz Prymas:

Matka moja umierała prawie miesiąc. My – dzieci – siedząc w szkole, z lękiem nasłuchiwaliśmy, czy nie biją dzwony kościelne. Dla nas byłby to znak, że matka już nie żyje. Kiedyś po powrocie ze szkoły stanęliśmy wszyscy przy jej łóżku, a matka zwróciła się do mnie słowami: Stefan, ubieraj się. Ponieważ była jesień, koniec października, zrozumiałem, że mam gdzieś iść. Włożyłem palto. Spojrzała na mnie i powiedziała: Ubieraj się, ale nie tak, inaczej się ubieraj. Zwróciłem na Ojca pytające oczy. Odpowiedział mi: Później ci to wyjaśnię[…]. Gdy wyjaśnił, zrozumiałem, że matce nie o to szło, bym ubierał się w palto, tylko bym ubierał się w cnoty, przygotowując się do przyszłej drogi. Czy wypełniłem jej ostatnie do mnie skierowane słowa – trudno mi na to odpowiedzieć. Każdy człowiek rachując się w sumieniu wie, że mógłby lepiej odpowiedzieć Łasce Bożej. I ja również. Wielką tajemnicą jest Łaska, którą Bóg daje, lecz od nas zależy jej skuteczność.

Julianna Wyszyńska zmarła 31 października, a niecały tydzień po niej nowo narodzona Zosia. Nic tak nie dotyka męża i małych dzieci, jak śmierć żony i matki, zwłaszcza gdy ma zaledwie 33 lata oraz gdy umiera niemowlę. Wszystkie te przeżycia, narosłe dodatkowo w okresie choroby matki konflikty szkolne Stefka z nauczycielem, sprawiły, że chłopiec po śmierci matki nie wrócił już do andrzejewskiej szkoły. W domu pod opieką ojca oraz kleryka Bolesława Pękali przerabiał materiał III i IV klasy szkoły powszechnej.

Z kolejnych wspomnień Prymasa przebija szczere uczucie, niegasnące z biegiem lat, uczucie do matki, do ziemi, w której spoczęło jej ciało. Nie bał się Ksiądz Prymas podczas pobytu w Łomży publicznie przyznać do głęboko tkwiących w jego sercu odczuć:

W Ziemi Łomżyńskiej ujrzałem światło dzienne; ziemi tej oddałem prochy mej matki, która opuściła mnie bardzo wcześnie, gdy byłem zaledwie dziewięcioletnim chłopcem. Danym mi było wykarmić się czarnym chlebem razowym tej ziemi, oddychać jej powietrzem i korzystać z jej słońca. Na zaproszenie waszego arcypasterza jestem dziś z wami.

Jednocześnie w następnych słowach przemówienia ujawnia Ksiądz Prymas – choć nie wprost – kto dawał mu siłę do wytrwania w nadziei, wtedy, gdy stracił matkę i we wszystkich trudnych chwilach jego życia: Obecność tę uważam sobie za, częściowe przynajmniej, spłacenie długu wdzięczności tej ziemi umiłowanej. A że dzieje się to pod opieką Maryi, która nam wszystkim: i wam, i mnie, serce urzekła, to tym lepiej i radośniej.

Po śmierci matki, to właśnie Matka Najświętsza stała się prawdziwą matką dla Stefka. Prymas wspominał:

Po śmierci matki naszej służąca domowa, zacna Ulisia, często nam mówiła o Matce Niebieskiej. Byłem sercem związany z pięknym posągiem Matki Bożej, stojącym na cmentarzu kościelnym w Andrzejewie. Gdy już byłem w Warszawie, w gimnazjum Wojciecha Górskiego, uczucia swoje przeniosłem na posąg Matki Bożej Passawskiej, na Krakowskim Przedmieściu, przed kościółkiem Res Sacra Miser, gdzie zbierały się niektóre klasy szkolne na nabożeństwo.

 

Prośmy Maryję, aby swoim matczynym wstawiennictwem nieustannie wspierała losy wszystkich sierot oraz osób samotnie wychowujących dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.